|
Do przemyślenia:
WALKA O PIERWSZE MIEJSCE
Czy życie
bez żadnych ograniczeń - z możliwością robienia wszystkiego, dotarcia
wszędzie, rozkazywania wszystkim - zapewnia szczęście? Czy można użyć
nieograniczonej władzy w taki sposób, by nadać swojemu życiu trwałe
znaczenie i odczuwać z tego powodu satysfakcję?
To właśnie pytanie analizuje Goethe w Fauście - opowieści o człowieku,
który sprzedał swoją duszę diabłu. Bohater dramatu Goethego, dr Faust,
jest badaczem i naukowcem w średnim wieku, który traci już nadzieję,
że kiedykolwiek zrozumie prawdziwy sens życia. Boi się, że dotrze do
kresu swoich dni jako człowiek szanowany i dobrze wykształcony, ale
nigdy nie dowie się, co to znaczy naprawdę żyć. Dlatego też z rozpaczy
zawiera pakt z diabłem i obiecuje mu swoją duszę w zamian za jedną chwilę
na ziemi tak wspaniałą, że wyrwie mu się okrzyk: "Chwilo, trwaj!
Jesteś piękna!"
Niemiecki poeta pisał to arcydzieło przez całe życie. Planował je jako
zasadniczą rozprawę o sensie życia, jako nieśmiertelne arcydzieło literackie,
które nada sens jego własnemu życiu. Zaczął je pisać w wieku lat dwudziestu,
przerwał i pisał inne rzeczy, powrócił do Fausta mając lat czterdzieści
(częściowo, jak można podejrzewać, w reakcji na własne przeżycia człowieka
w wieku średnim) i ukończył poemat na krótko przed śmiercią w wieku
osiemdziesięciu trzech lat. Nie mamy oczywiście żadnej pewności co do
tego, w jakim był wieku, kiedy pisał poszczególne wiersze, ale fascynuje
obserwacja zmieniających się pomysłów na życie bohatera między początkiem
a końcem poematu.
Na początku poematu przedstawiony przez młodego Goethego Faust jest
w średnim wieku i pragnie doświadczyć wszystkiego, żyć bez ograniczeń.
Chce przeczytać wszystkie książki, mówić wszystkimi językami, zakosztować
wszelkich przyjemności. Chce być jak Bóg i wyjść poza ograniczenia kondycji
ludzkiej. Diabeł daje mu więc wszystko - bogactwo, władzę, możność podróżowania
wszędzie i miłość każdej kobiety, której zapragnie. Faust przyjmuje
to i nadal nie jest szczęśliwy. Obojętnie, ile by zebrał bogactwa, ile
by uwiódł pięknych kobiet, nadal odczuwa niezaspokojony głód.
Ale przy końcu poematu autor, Goethe, ma powyżej osiemdziesiątki i jego
bohater, Faust, zestarzał się wraz z nim. Zamiast wygrywać bójki i uwodzić
młode kobiety, Faust pracuje teraz nad budową tamy, żeby wydrzeć ziemię
morzu i dać ją ludziom do życia i uprawy. Zamiast prób bycia jak Bóg
- Bóg władzy, który wszystko widzi i nad wszystkim panuje, staje się
teraz jak Bóg - Bóg stwórca, który oddziela wodę od lądu, sadzi ogrody
i osiedla w nich ludzi. Teraz dopiero, po raz pierwszy w życiu, Faust
może powiedzieć: "Chwilo, trwaj! jesteś piękna!"
Kiedy jesteśmy młodzi, gonimy za sukcesem dla samego sukcesu. Chcemy
zobaczyć, co potrafimy osiągnąć. Mężczyzna sprzedaje dom i przeprowadza
się do innego miasta, żądając od żony i dzieci, by przystosowały się
do nowego otoczenia, nowych przyjaciół i nowych szkół, ponieważ tego
wymaga jego kariera zawodowa. Uzdolniony atleta rezygnuje ze studiów
uniwersyteckich, żeby wypróbować sił w zawodowym sporcie.
Niekiedy są to posunięcia motywowane wyższymi zarobkami, ale nie zawsze;
to, co tu jest istotne, to fakt, że w tym okresie życia nie umiemy oprzeć
się wyzwaniu. Urzekają nas nie tylko nagrody, które przychodzą wraz
z sukcesem; sam sukces jest dla nas nagrodą. Chcemy wiedzieć, dokąd
potrafimy dojść.
Potem następuje zmiana. Przestajemy patrzeć na życie jako na wyścig,
w którym samo zwycięstwo jest celem, a zaczynamy patrzeć na sukces jako
na środek do osiągnięcia celu. Zamiast pytać: "Jak wysoko potrafię
się wspiąć?", zaczynamy się zastanawiać, jakie życie będziemy mieli
na tej wysokości. Atrakcyjna młoda kobieta przestaje patrzeć na podziwiających
ją mężczyzn jak na dowody swej atrakcyjności i zaczyna pytać, jacy byliby
jako mąż czy ojciec, jakie życie miałaby z nimi. Ambitny menadżer mniej
się przejmuje następnym stopniem swej kariery i zaczyna się zastanawiać,
jak przenieść ten sukces zawodowy w życie, w którym by się dobrze czuł.
Sądzę, że taka właśnie była droga Koheleta. Początkowo postanowił zbić
fortunę, bo był zdolny i ambitny, a do tego właśnie dążą ludzie zdolni
i ambitni. Chociaż nie podaje nam szczegółów, wiadomo, że w stosunkowo
młodym wieku w łatwy sposób zarobił mnóstwo pieniędzy. "...zbudowałem
sobie domy, zasadziłem sobie winnice, założyłem ogrody i parki i nasadziłem
w nich wszelkich drzew owocowych (...) Nabyłem niewolników i niewolnice
i miałem niewolników urodzonych w domu. Posiadałem też wielkie stada
bydła i owiec, większe niż wszyscy, co byli przede mną (...). Nagromadziłem
też sobie srebra i złota, i skarby królów i krain". (Koh 2,4-8)
Udaje mu się dokonać wszystkiego, czego człowiek może zapragnąć. Nie
ma końca jego osiągnięciom. Jest bajecznie bogaty, zdumiewa inteligencją.
Dlaczego więc nadal czuje, że czegoś mu brak? Czy jest możliwe, że ten
rodzaj sukcesu zawiera w sobie źródło własnego niepowodzenia? Czy w
tym pędzie do przodu jest coś, co czyni, że akt I. naszego życia jest
zadowalający i pełen nagród, ale akt II. staje się nieuniknionym rozczarowaniem?
Uznanie "zwycięstwa" za cel życia zmusza nas do traktowania
innych ludzi jak współzawodników, którzy grożą naszemu szczęściu. Jeśli
my mamy "wygrać", oni muszą "przegrać". Ich niepowodzenie
staje się jednym z niezbędnych składników naszego sukcesu. W sytuacji
współzawodnictwa, czy jest to szkoła, spotkanie towarzyskie czy też
zawody sportowe, zwycięzcy mogą istnieć tylko, o ile również są przegrani.
Każdy, kto próbował zostać zwycięzcą, wie, że musi przeciwstawić się
innym uczestnikom tych samych zawodów. Wznosi się, kiedy oni opadają
i ten sposób patrzenia na siebie i innych ma swoje konsekwencje.
Zilustruję to dwoma przykładami z życia. Amerykański turysta w Indiach
zobaczył pielgrzymkę na świętą górę. Tysiące ludzi miało wspiąć się
stromą ścieżką na szczyt.
Turysta, który uprawiał biegi i gorliwie się gimnastykował, sądził,
że jest w dobrej formie i postanowił przyłączyć się do pielgrzymki.
Po dwudziestu minutach zabrakło mu tchu i z trudem stawiał następny
krok, podczas gdy kobiety z niemowlętami na rękach i słabi starcy o
laskach mijali go bez trudu. "Nie rozumiem - powiedział do swojego
hinduskiego towarzysza - jak ci ludzie mogą to robić, skoro ja nie mogę?"
Przyjaciel odpowiedział: "To dlatego, że masz typowo amerykański
obyczaj patrzenia na wszystko jak na próbę sił. Patrzysz na górę jak
na wroga, którego musisz pokonać. Więc naturalnie góra zwalcza cię,
a jest od ciebie silniejsza. Celem naszej wspinaczki jest połączenie
się z górą, więc unosi nas ona i podciąga na szczyt".
A oto drugi przykład: Mój przyjaciel, starszy ode mnie o kilka lat duszpasterz,
podzielił się ze mną bardzo osobistym spostrzeżeniem. Gdy przekroczył
już wiek, w którym miał jeszcze szanse na objęcie probostwa w jednej
z większych wspólnot, zdał sobie sprawę, że stało się z nim coś zadziwiającego.
Odkrył, że przestał patrzeć na swoich przyjaciół i kolegów z dużych
parafii i zastanawiać się, kiedy umrą lub zostaną wplątani w jakiś skandal
i w ten sposób stworzą dla niego wolne miejsce. Nigdy nawet nie zdawał
sobie sprawy, że tak czynił, ale jego troska o "pójście do przodu"
i zrobienie kariery doprowadziła go do postrzegania kolegów - duchownych
jako przeszkody na drodze do swego własnego szczęścia. Jego sukces mógł
nastąpić tylko po ich tragedii. Przez lata całe te uczucia utrudniały
mu prawdziwą przyjaźń i otwartość wobec kolegów i powodowały niezadowolenie
z własnej małej parafii, mimo jej niewątpliwych zalet. Stał się człowiekiem
samotnym, zazdrosnym i zgorzkniałym. Jego kazania były ostre i karcące,
brakowało w nich miłości i radości, które miał przecież reprezentować.
Na dodatek obwiniał innych za to, że czuł się nieszczęśliwy. Teraz zaś
stwierdził, że wyrósł ponad to współzawodnictwo. Mógł traktować kolegów
jak przyjaciół. Mógł służyć młodszym kolegom jako nieoficjalny mentor
i traktować własną parafię z miłością i troską, nie traktując jej jako
symbolu własnych niepowodzeń i braku awansu. Nic wokół niego się nie
zmieniło, ale zmieniło się coś w nim i mógł oczekiwać, że pozostałe
lata jego czynnej posługi duszpasterskiej będą owocne i przynoszące
zadowolenie.
Kohelet ubiegał się o bogactwo i sukces, bo bogactwo znaczyło dla niego
możliwość życia w komforcie i świadomość, że nie będzie w nim żadnych
wyrzeczeń, bo go na coś nie stać.
Faust tęsknił za bogactwem i sukcesem, ponieważ dawały mu klucz do władzy
nad innymi. Wierzył, że jeśli będzie miał dość pieniędzy i wpływów,
potrafi żyć w sposób zadowalający i że jego życie będzie dobre. W tym
sposobie myślenia są dwa błędy.
Po pierwsze, nikt nie ma aż tyle władzy. Świat jest zbyt skomplikowany
i nieuchwytny. Nigdy nie można panować nad wszystkim, co się zdarza.
Dlaczego przywódcy i narody zachowują się głupio w sytuacjach, w których
powinno być jasne dla wszystkich, że to, co robią, jest beznadziejnie
złe? Jedną z powtarzających się przyczyn głupiego zachowania (korupcja
cesarzy rzymskich i średniowiecznych papieży, inwazja Napoleona i Hitlera
na Rosję, obecność USA w Wietnamie) jest przekonanie, że jeżeli jesteś
dość potężny, możesz narzucić swą wolę innym, niezależnie od tego, czego
ci inni chcą. Jeden po drugim doświadczyli prawdy, że przeważająca siła
nie wystarcza, by zagwarantować całkowite panowanie.
Po drugie, pogoń za bogactwem i władzą oraz sprawowanie tejże władzy
separuje często od innych ludzi. Pogoń za bogactwem powoduje, że wiele
ludzi traktuje życie jako pole walki, nie zaś współpracy, ponadto sprawowanie
władzy utrudnia stosunki z innymi. Jeśli kochasz kogoś za to, że zawsze
stara się ci dogodzić i robi tylko to, co ty chcesz, żeby robił, to
nie jest miłość. Jest to tylko okrężny sposób kochania samego siebie.
Władza, jak woda, spływa w dół z wyższego szczebla na niższy. Miłość
może się zrodzić tylko między ludźmi, którzy uważają się za równych,
którzy mogą się wzajem dopełniać. Tam gdzie jeden rozkazuje, a drugi
wykonuje rozkazy, może istnieć lojalność i wdzięczność, ale nie miłość.
Według Biblii grzech bałwochwalstwa nie polega po prostu na kłanianiu
się posągom. Bałwochwalstwo to traktowanie dzieła własnych rąk tak,
jakby były one Boskie, na czczeniu s i e b i e jako najwyższego źródła
wartości i twórczości. Boże przykazanie mówi: "Nie będziesz czynił
żadnej rzeźby" i jeden z komentatorów twierdzi, że nie znaczy to:
"Nie będziesz czynił bożyszcza d l a siebie", lecz znaczy:
"Nie będziesz czynił bożyszcza z siebie". Nie czyń s i e b
i e przedmiotem czci wierząc, że masz dosyć władzy, by panować nad światem,
w którym żyjesz, i nad innymi ludźmi, którzy w nim żyją.
Jean-Paul Sartre, francuski filozof i twórca wysoce indywidualistycznej
szkoły filozoficznej znanej jako egzystencjalizm, napisał kiedyś: "Piekło
to inni". Sartre był mądrym człowiekiem, ale myślę, że tu powiedział
coś bardzo głupiego. Inni ludzie mogą komplikować nam życie, ale życie
bez nich byłoby nie do zniesienia samotne. Wybitny antropolog, który
spędził lata na studiowaniu zachowań dzikich szympansów, napisał: "Jeden
szympans to nie szympans". Chodziło mu o to, że szympans może rozwinąć
się w prawdziwego szympansa tylko w towarzystwie innych szympansów.
Izolowany w ZOO może przeżyć, ale nigdy nie stanie się prawdziwym szympansem.
Obserwowałem ludzi w ich naturalnym środowisku co najmniej tak długo,
jak ten naukowiec obserwował szympansy, i mógłbym sparafrazować jego
zdanie następująco: "Jeden człowiek to nie człowiek". Nikt
z nas nie może być prawdziwym człowiekiem w odosobnieniu od innych.
Przymioty, które czynią z nas ludzi, ujawniają się w naszych związkach
z innymi ludźmi.
Piekło to nie są "inni". Piekło to tak usilne dążenie do sukcesu,
że związki z innymi ulegają zniszczeniu i dostrzegasz innych tylko w
kategoriach tego, co mogą dla ciebie zrobić.
Faust sprzedał swą duszę za władzę bez granic i z tą nieograniczoną
władzą stał się bardzo samotny. Dla niego piekłem jest samotność posiadania
wszystkiego i świadomość, że to wciąż nie wystarcza. (Czy my też zawieramy
pakt z diabłem zdobywając to, czego pragniemy, i tracąc przy tym cząstkę
naszej duszy?) Koheleta, otoczonego sługami w luksusowym pałacu, prześladowało
pytanie: "Jeśli mam już wszystko, dlaczego czuję, że czegoś mi
brak?"
Możność władania innymi ludźmi (podwładnymi, małżonkami, dziećmi) może
dać zadowolenie na chwilę, ale; z pewnością nie na dłuższą metę. W ostatecznym
rachunku daje samotność. Rozkazujesz i w zamian otrzymujesz strach i
posłuszeństwo, a jaki zdrowy psychicznie człowiek może żyć na diecie
składającej się ze strachu i posłuszeństwa? Kto chce, żeby ludzie się
go bali i byli mu posłuszni ponuro i z niechęcią, zamiast dobrowolnie
i z miłością?
Martin Buber, wybitny teolog XX wieku, mówił, że nasze stosunki z innymi
przybierają jedną z dwóch form. Są albo relacją Ja -To, w której traktuje
się innych ludzi jak przedmioty, widząc w nich tylko to, co robią, albo
relacją Ja - Ty, w której ludzie są podmiotami i jest się świadomym
ich potrzeb i uczuć. Buber opowiada o zdarzeniu, które zmieniło jego
życie i doprowadziło do tych wniosków. Jego rodzice rozwiedli się, gdy
był dzieckiem, i umieścili go u dziadków na farmie. Karmił tam zwierzęta,
czyścił kurniki i obrządzał konie. Pewnego dnia, kiedy miał jedenaście
lat, zajmował się swoim ulubionym koniem. Uwielbiał na nim jeździć,
karmić go, czesać zgrzebłem, często przynosił mu smakołyki i koń zdawał
się odwzajemniać miłość chłopca. Buber klepał konia po karku i nagle
doznał dziwnego uczucia. Poczuł, że nie tylko wie, co czuje jedenastoletni
chłopiec głaszczący konia. Ponieważ kochał tego konia, mógł zrozumieć,
co to znaczy być koniem głaskanym przez chłopca. Radość tego momentu
wykroczenia poza granice własnej duszy i zaznania tego, czego doświadcza
inna dusza, dawała o tyle więcej zadowolenia niż poczucie władzy i podporządkowanie
kogoś innego własnej woli, że lata później Buber oparł na tym uczuciu
całą swoją teologię.
Biblia pokazuje nam dwa kontrastujące oblicza Boga. Czasami jest On
Bogiem rozkazującym, Bogiem Władzy, który niszczy Sodomę i Gomorę, zrzuca
plagi na Egipcjan, rozdziela wody Morza Czerwonego. A czasami jest Bogiem
pomocnym, czułym, Bogiem Miłości i Przyjaźni, który odwiedza chorych,
daje nadzieję zniewolonym. Czytamy to i, oczywiście, stajemy w konfuzji,
bo miłość i władza są ze sobą sprzeczne. Można kochać kogoś i dać mu
prawo bycia sobą lub można nad nim panować, naginać go do własnej woli,
czy to dla jego własnego dobra, czy też dla podparcia swojego ego. Ale
nie można robić tych obu rzeczy na raz. Jeśli cenisz kogoś, bo pozwala
ci na wszystko, co daje ci poczucie własnej siły i zręczności, to nie
jest to miłość. Nie widzisz unikatowości tego drugiego człowieka, a
tylko jego dla ciebie użyteczność. Można go zastąpić kimś innym, równie
posłusznym, i nie zauważyć różnicy. Kochać kogoś za to, że jest jak
ty, że jest przedłużeniem twojej woli, nie jest właściwą miłością. Jest
to okrężny sposób kochania samego siebie.
Czasami Bóg Władzy wydaje się wchodzić w drogę Jego Miłości. Jeśli jesteśmy
posłuszni Bogu, ponieważ się Go boimy, ponieważ nie chcemy Mu się narazić
lub ponieważ czujemy się przytłoczeni Jego potęgą do tego stopnia, że
nie odważamy się Mu sprzeciwić, wówczas ma On nasze posłuszeństwo, ale
nie ma naszej miłości. Aby kochać i być kochanym, Bóg musi dać nam możliwość
wyboru, możliwość bycia sobą. Nie może zmonopolizować całej władzy i
niczego nam nie zostawić. Przymierze między Bogiem a ludzkością musi
znaczyć coś więcej niż danie nam Prawa przez Wszechmogącego. Musi to
być dobrowolny układ zawarty między wolnymi partnerami.
Przypomnijmy wszystkie te fragmenty proroctwa Jeremiasza, które przedstawiają
Boga jako męża zdradzonego przez żonę, przerażająco zuchwałe fragmenty,
w których Bóg jest samotny i tęskni za kimś, kto go pokocha, a nie tylko
będzie Mu posłuszny ze strachu, i rozpacza, że Jego naród Go nie kocha,
mimo wszystko, co dla niego zrobił. "Pamiętam wierność twej młodości,
miłość twego narzeczeństwa, kiedy chodziłaś za Mną na pustyni, w ziemi,
której nikt nie obsiewa" (Jr 2,2). "Czy byłem pustynią dla
Izraela albo krainą ciemności? Dlaczego mówi mój lud: 'Wyzwoliliśmy
się! Nie przyjdziemy już więcej do Ciebie!'" (Jr 2,31). Bóg jest
jeden i ponieważ jest jeden, jest zupełnie sam, o ile nie ma ludzi,
którzy by Go kochali.
Jeśli uważamy, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, jeśli
rozumiemy to tak, że obraz Boga w nas przedstawia to, czym będziemy,
kiedy staniemy się w pełni ludźmi, to jaki obraz Boga będzie dla nas
wzorem do naśladowania - samotny Bóg Władzy czy kochający Bóg Miłości?
Sądzę, że w najwcześniejszym okresie kształtowania Biblii i kultury,
która ją zrodziła, Izraelici przedstawiali Boga na podobieństwo despotów
Bliskiego Wschodu, świata, który znali: egipskich faraonów, królów Asyrii
i Babilonii, monarchów absolutnych, posiadających władzę tworzenia i
odwoływania praw, władzę życia i śmierci nad swymi poddanymi. Ale wyobrażam
sobie, że potem ich rozumienie religii zaczęło dojrzewać. Zrozumieli,
że władza nie jest dobrem absolutnym, że posiadacze władzy absolutnej
nie są kimś większym od innych ludzi, ale kimś mniejszym, że są okrutni
i bezwzględni, zazdrośni i podejrzliwi, wzbudzają strach, ale nigdy
miłość. I już nie mogli dłużej przedstawiać Boga w ten sposób. W opowieści
o Noem i potopie czy o Abrahamie i Sodomie, widzimy już Boga, jak karze
ludzi za to, że byli źli dla siebie nawzajem, a nie za to, że nie oddawali
Mu czci.
Prorocy mówią o Bogu, dla którego ważniejsze jest, by ludzie byli dla
siebie wzajem dobrzy, niż by przynosili ofiary na Jego ołtarz. Obraz
Boga Władzy nie jest całkowicie zapomniany, ale jest przesłonięty obrazem
Boga, który wraz z nami buduje ludzki świat na fundamencie ludzkiej
troski o drugiego człowieka, tak jak On troszczy się o każdego z nas.
Bóg nie szuka własnego sukcesu, troszczy się o pomyślność tych, którzy
sami nie dają sobie rady. Tak w Prawie, jak i u Proroków, tak w Biblii
Hebrajskiej, jak i w chrześcijańskim Nowym Testamencie Bóg zwraca specjalną
uwagę na ubogich i nieszczęśliwych i jest nieco podejrzliwy wobec bogatych
i tych, którym się powiodło, nie dlatego, że dobrze jest być ubogim,
a niemoralnie być bogatym, ale dlatego, że ubodzy i ciężko doświadczeni
przez los zdają się łatwiej znajdować drogę wzajem do siebie i wzajemnie
siebie potrzebować. Są na ogół bardziej narażeni na ciosy i mniej w
nich samozadowolenia, a w tym jest coś głęboko ludzkiego.
Musimy również przejść tę samą ewolucję, którą przeszli nasi przodkowie,
od czczenia władzy i sukcesu do podziwu dla wspierających i troszczących
się. Mój nauczyciel zwykł mówić: 'Kiedy byłem młody, podziwiałem mądrych
ludzi. Teraz, na starość, podziwiam dobrych ludzi'.
Nie ma nic złego w sukcesie. Kościoły, uniwersytety, muzea i instytuty
badań medycznych zależne są od hojności ludzi sukcesu, którzy dzielą
się owocami swojego powodzenia z innymi. Nie ma nic złego w posiadaniu
wystarczającej władzy, by wpływać na przebieg zdarzeń. Wręcz odwrotnie,
ludzie, którzy czują się bezsilni i sfrustrowani, są bardziej niebezpieczni
dla społeczeństwa niż ci, którzy znają zakres swoich wpływów i używają
ich mądrze, bo ci pierwsi mogą się czuć zmuszeni do desperackich kroków,
żebyśmy potraktowali ich na serio. Ale jest coś bardzo złego w zaciętej
pogoni za bogactwem i władzą w sposób, który odcina nas od innych ludzi.
Może nas to postawić w sytuacji, w której jedyną rzeczą gorszą od przegranej
jest wygrana.
Nagroda Nobla, najwyższe wyróżnienie w dziedzinie nauki i sztuki, została
ustanowiona po pewnym wydarzeniu. Alfred Nobel, szwedzki chemik, zdobył
majątek na swoich wynalazkach materiałów wybuchowych i sprzedawaniu
licencji na produkcję broni. Pewnego dnia zmarł jego brat, ale jedna
z gazet przez pomyłkę wydrukowała nekrolog Alfreda. W nekrologu tym
opisano go jako człowieka, który wynalazł dynamit i zbił fortunę przez
umożliwienie różnym armiom świata wstąpienie na nowe wyżyny masowej
zagłady i zniszczenia. Nobel miał wyjątkową sposobność przeczytania
własnego nekrologu za życia i stwierdzenia, jaka pamięć po nim pozostanie.
Wstrząsnęła nim świadomość, do czego sprowadza się jego życie, że będzie
pamiętany jako handlarz śmiercią i zniszczeniem. Ufundował więc z całego
swojego majątku nagrody za osiągnięcia, które przysporzyły ludzkości
najwięcej korzyści w różnych dziedzinach, i za to, a nie za materiały
wybuchowe pamiętamy o nim dzisiaj. Kiedy Nobel osiągał największe "sukcesy",
pracował przeciw życiu i przeciw przyjaźni. Kiedy zorientował się, co
po nim zostanie, jeśli niczego więcej nie zrobi, nadał reszcie swojego
życia zupełnie inny kierunek.
W ostatnich latach pojawiło się wiele książek na temat "troszczenia
się o numero uno" . Twierdzą one, że żyjemy w brutalnym, konkurencyjnym
świecie i że jedynym sposobem przebicia się jest wykorzystywanie słabości
innych. Moje zastrzeżenia wobec tych książek nie polegają wyłącznie
na tym, że nie zgadzam się z wyrażoną w nich moralnością. Nie zgadzam
się, ale to nie jest argument. (Niemiecki filozof Nietzsche powiedział
kiedyś, że moralność to konspiracja owiec, które przekonują wilki, że
siła jest złem.) Moje zastrzeżenia do filozofii "troszczenia się
o numero uno" wypływa z przekonania, że ta filozofia prowadzi do
nikąd. Wykorzystywanie innych ludzi, używanie ich, podejrzliwość wobec
wszystkich, prowadzi do takiego sukcesu, że możesz znaleźć się daleko
przed innymi i patrzeć na nich z pogardą. Ale gdzie będziesz wtedy?
Będziesz w całkowitej samotności.
Mogę zrozumieć, dlaczego ludzie, którzy teraz dobiegają czterdziestki,
pokolenie wyżu demograficznego", uznają moralność pilnowania własnych
interesów za atrakcyjną.
Wielu z nich spędziło dzieciństwo w nieprzygotowanych dla nich instytucjach,
w zatłoczonych szkołach na dwie zmiany, w nowych, niewykończonych przedmieściach.
Ich lata młodzieńcze i wczesnej dorosłości były rozdzierane przez wojnę
w Wietnamie (chłopiec urodzony w początkach wyżu demograficznego, w
1948 roku, miał 18 lat w roku 1966, kiedy zaciąg do wojska był największy).
I chociaż wszystkie młode pokolenia wierzą, że ich świat jest nieporównywalnie
inny od świata ich rodziców, to właśnie pokolenie może mieć prawdziwe
podstawy do takiej wiary. Rozwój techniki, ruchliwość społeczna, siła
i dobrobyt Ameryki, groźba wojny nuklearnej uczyniły życie w powojennej
Ameryce dramatycznie odmiennym od świata, jaki znali ich rodzice za
czasów wielkiej recesji i w latach wojny. To nowe pokolenie otrzymało
tak wiele do wyboru i tak mało wskazówek, jak te wybory czynić. Mieli
wrażenie, że im się ciągle każe płacić za błędy innych, że ich się ciągle
zmusza do sprzątania tego, co inni ludzie nabałaganili. Nic dziwnego,
że wyrośli w przeświadczeniu, że inni tylko na nich czyhają, że rząd
jest skorumpowany, władze niegodne zaufania, wszyscy przemysłowcy to
gangsterzy i że nikt nie dba o nich. Ich muzyka, ich filmy, ich obyczaje
wyrażają ten brak zaufania i rozczarowanie. Dlaczego nie miałbym dbać
o samego siebie? Wszyscy inni to robią.
Podobnie mogę zrozumieć, dlaczego mężczyzna (i czasem, ale rzadziej,
kobieta) zbliżający się do pięćdziesiątki nagle stwierdza, że życie
pełne egoizmu i dogadzania własnym zachciankom ma nieodparty urok, dlaczego
porzuca dom i wynajmuje mieszkanie w budynku dla nieżonatych, z basenem
i sauną, zamienia swój sensowny samochód na sportowe cacko na dwie osoby,
farbuje włosy i zapuszcza brodę, jeśli jeszcze nie widać w niej siwizny.
Może zmęczyło go życie pełne obowiązków, ze spłatami pożyczki na dom,
rachunkami do płacenia i dziećmi do wychowania. Satyryk Sam Levenson
często powtarzał: "Kiedy byłem dzieckiem, mówiono mi, że mam robić
to, co chcą moi rodzice. Kiedy zostałem ojcem, mówiono mi, że mam robić
to, czego chcą moje dzieci. A kiedy będę mógł robić to, co ja chcę?"
Znam wielu mężczyzn w średnim wieku, którzy skłonni są powiedzieć to
samo, ale już bez śmiechu. Traktują to swoje wyrwanie się nie jako ucieczkę
od odpowiedzialności i poważania, jakim się cieszą, ale jako ostatnią
rozpaczliwą szansę złapania odrobiny radości i wolności w życiu, które
jest już w dwóch trzecich poza nimi i wkroczyło w trzeci, końcowy akt.
Credo narcyza: Nie jestem tutaj po to, żeby się martwić twoimi problemami
i nie oczekuję, że ty się będziesz martwił moimi. Każdy człowiek jest
dla siebie" nie zostało wymyślone w XX wieku. Jest to najnowsza
wersja postawy tak starej jak ludzkość. Już Kain powiedział pogardliwie:
"Czyż jestem stróżem brata mego?" Powiedział to nie, żeby
się usprawiedliwić, że zamordował swojego brata Abla, ale żeby usprawiedliwić
swój brak zainteresowania bratem: ja pilnuję moich spraw, a on niech
pilnuje swoich. Jaką karę wymierza Bóg Kainowi? Zostaje on tułaczem,
nie ma miejsca, które mógłby nazwać domem, nie ma społeczności, która
by mu pomogła i go pocieszyła. Ten pierwszy "troszczący się o numero
uno", jak i wszyscy jego potomkowie, jest skazany na spędzenie
życia bez żadnych więzi.
W moim ulubionym filmie Casablanca bohater Rick (grany przez Humphreya
Bogarta) jest początkowo przedstawiony jako cyniczny człowiek, który
zajmuje się wyłącznie własną osobą. Udaje mu się w życiu, ponieważ dba
tylko o siebie i nie poddaje się uczuciom. Kiedy gestapo aresztuje człowieka
w barze Ricka, człowiek ów pyta: "Dlaczego mi nie pomożesz?"
Rick odpowiada: "Nie nadstawiam karku dla innych". Rick żyje
wśród okrucieństw i niesprawiedliwości II. wojny światowej i nauczył
się, że przeżyć może tylko ten, kto dba wyłącznie o siebie. Życie go
zraniło, kiedy popełnił "pomyłkę" i potraktował dobro kogoś
innego równie poważnie jak własne. Stał się cyniczny, jest bezpieczny
i osiągnął sukces. Ale w jakiś sposób zdaje sobie sprawę, że czegoś
w jego życiu brakuje. Okoliczności zmusiły go do brutalności i nietroszczenia
się o innych, ale patrzy na nazistowskiego oficera stacjonującego w
Casablance, bezduszne uosobienie władzy, i wie, że nie chce być taki
jak on.
Przebłyski przyzwoitości przebijają w czasie tego filmu, aż wreszcie
Rick rezygnuje z szansy ucieczki i szczęścia w akcie wielkoduszności
wobec kobiety, którą kocha. Ona odjeżdża do Anglii, a on jest skazany
na tułaczkę po północnej Afryce. Jak Faust, jak młody Martin Buber,
uznawał życie za niezadowalające, dopóki troszczył się tylko o siebie.
Gdy zaczął ratować innych i wzbogacać ich życie, jego własne życie nabrało
sensu. Jak Kain, Rick Blaine stał się człowiekiem bez ojczyzny. Ale
inaczej niż Kain, który skazał się na wygnanie, bo dbał tylko o siebie
i odmawiał pilnowania swojego brata; Rick czuł się wyobcowany z życia,
gdy troszczył się tylko o siebie, i ma uczucie duchowego powrotu do
domu, powrotu do siebie, kiedy rezygnuje z domu, bogactwa i bezpieczeństwa
w akcie poświęcenia się dla innych. W pewnym sensie będzie teraz posiadał
mniej, ale w innym, który stał się dla niego ważniejszy, będzie pełniejszym
człowiekiem.
(Wybrałem
z: Herold S. Kushner
- "Gdy wszystko to jeszcze nie dość" - przekład: Małgorzata
Koraszewska )
Wydrukuj
stronę
|